Archiwum dlaUncategorized

Warszawski spleen.

Po ubiegłowpisowym dołku śladu już nie ma. Wrócił mój stały optymizm, i dobrze.

W ciągu ostatnich dni miałem tyyyle do załatwienia. Załatwiłem niemal wszystko, co dodatkowo nastraja pozytywnie, po niemal dwóch miesiącach opierdalania się od rana do wieczora. W środę wypadł mi nieoczekiwany poranny wypadł do Rzeszowa, Radkowi musiłem złożyć odwołanie na U.Rzeszowskim. Trochę się obawiałem, bo Rzeszów jest dla mnie tak samo znany jak Ułan Bator w Mongolii, ale zumi.pl rozwiała moje wątpliwości i okazało się, że docelowy wydział znajduje się 200 m od dworca. Na miejscu spotkałem Kuśkę, poznałem jej osławioną kumpelę Korniszona, dopełniłem formalności i wróciłem na dworzec, chwile czekania i powrót do domu. W Biłgoraju bezpośrednio z autobusu poszedłem odebrać moje kratkowane, zwężone spodnie. Muszę przyznać, że wyszły nieźle i wezmę się wkrótce za przeróbki reszty zalegających w szafie nie chodzonych szmat. Na wieczór ustawiłem się z Bobem i Zajacem, wpadła na chwilę Ewka. My poszliśmy do Kaśki O. po moje zdjęcia paskudne dokumentowe, a ona zaczekała pod blokiem na swojego Pawła. Z Kaśką widziałem się pierwszy raz od bodajże 21 maja kiedy to mieliśmy ustną maturę z polskiego. Wbrew krążącym opiniom wcale nie przytyła bardzo, a już na pewno nie w okolicy brzucha. Może nawet wyjdzie jakiś wspólny wypad na bro. A jeśli już jesteśmy już w temacie piwa, to w drodze powrotnej kupiliśmy z chłopcami kilka i wróciliśmy do mnie. Na sporej bani odprowadziliśmy z Bobem Zajaca, wróciłem do domu i poszedłem spać gdzieś przed 1:00.

Pobudkę zaplanowałem na 4:00, jednak skorzystałem z drzemki i wstałem koło 4:20. Tragicznie nieprzytomny wszedłem do wanny, gdzie kilka razy otarłem się o śmierć przez zaśnięcie i utopienie. Widząc, że taka kąpiel jest ryzykowna, wygramoliłem się i przed 5:00 piłem już kawę. Międzyczasie sprawdziłem dogodne połączenia komunikacyjne w stolicy i nawet się nie zorientowałem kiedy nadszedł najwyższy czas na wyjście. W biegu ubrałem się i półżywy rozpocząłem gonitwę w stronę busów. Jeszcze jakiś burak zatrzymał mnie i pytał, gdzie teraz znajdzie dentystę? (ja pierdole, w Biłgoraju trudno się dostać do stomatologa w dzień, nie mówiąc o 5 rano : / ). Zdążyłem z trudem do samochodu, tzn. nie zdążyłem na czas, ale poczekał kierowca.

W busie czekała już Kuśka i Latino. Biorąc pod uwagę jeszcze drogę powrotną, już teraz wiem, żeby nie jechać z nimi nigdy w dłuższą podróż. Jakie one potrafią mieć tematy rozmów?! Plany kiedy będą mieć dziecko, kiedy dostały okres pierwszy i inne o których głupio mi tu pisać. I to wszytko przy innych współtowarzyszach podróży z busa. W Warszawie byliśmy przed 10:00, znaleźliśmy fotografa, bo Kuśka musiała dorobić kilka zdjęć, a następnie poszliśmy coś przegryźć w Mc’u. Pierwszy raz skorzystałem z oferty tamtejszych śniadać, muszę przyznać, że smacznie ale niewiele. Jak to w Mc’u. Następnie metrem dostaliśmy się na Pl. Wilsona, stamtąd autobusem 30 min jazdy na obrzeża, gdzie znajduje się UKSW. Pojechaliśmy kilka przystanków za daleko i musieliśmy czekać na inny autobus, aby wrócić. W końcu dotarliśmy do tej szkoły, a tam tłumy jak cholera. Zostawiliśmy Kuśkę i wróciliśmy z Latiną do Centrum. Tam spotkaliśmy się z Kozi, odprowadziły mnie na Żurawią 4, gdzie znajduje się Instytut Stosunków Międzynarodowych UW, a same poszły w stronę Nowego Świata, gdzie swoje sprawy miała załatwić Latino. Budynek ISMu zewnętrznie wywarł na mnie pozytywne wrażenie, gorzej z wnętrzem : ) Aczkolwiek na plus przekonali mnie tamtejsi studenci i tegoroczni kandydaci co stali ze mną w kolejce. Panie w sekretariacie bardzo miłe, sprawę załatwiłem w 2 min i życzyły mi udanych wakacji. Pogoniłem w stronę Katedry Europeistyki, gdzie były już dziewczyny, tam tłum masakra, ale Latino była już pierwsza w kolejce. Ja poza kolejnością złożyłem rezygnację, odwiedziliśmy rekreacyjnie kampus UW na Krakowskim Przedmieściu i poszliśmy coś zjeść. Spotkaliśmy się później z Izą, małe zakupy w Złotych Tarasach, posiedzieliśmy i zbieraliśmy się do powrotu. Jeszcze krótkie spotkanie z Kaśką K. i wsiedliśmy w autobus w stronę Dw. Zachodniego. Podróż jak zwykle męcząca, rozmowy dziewczyn z kategorii żeeen.

Piszę od tamtego dnia na gronie mojego kierunku, dali nam linki studenci jak składaliśmy papiery. Fajnie, że można zintegrować się wcześniej. Zastanawiam się też nad obozem zero w Waplewie we wrześniu, ale nie wiem jak będę stał z kasą i czasem. Na n-k odezwała się do mnie koleżanka z olimpiady pytając czy czasem nie pojawiłem się w środę na UKSW, bo jak mnie zobaczyła to jej się lepiej zrobiło, bo za nią stały jakieś głupie laski i się załamywała powoli. Miło ogólnie. Powiedziałem, że ja jednak na UW, ale wstępnie ustawiliśmy się na kawę w październiku : )

Będąc w temacie kawy, to wysłał mi na gronie prywatną wiadomość Krzysiek Kawa, pewnie wiele z Was go pamięta. Napisał, że fajnie, że ‘kolejna gwiazda ONZtu idzie do ISMu studiować’. Wow, gwiazda jestem. On jest już na 3. roku i napisał, żeby pytać jak coś nie będę wiedział. Też w sumie sympatycznie.

Wczoraj zaś opijałem z Jarkiem i jego Martą jej dyplom i mój start studiów. Trzy winka poszły. Późnym wieczorem Bobo i Ewka mnie wyciągnęli na spacer. Ustawiliśmy się dzisiaj na CUBE’a. A nóż będzie lepiej niż ostatnio ; )

P.S. Gratulacje dla Katarzyny i Marii.

Komentarze (5)

Wśród ludzi jest się także samotnym.

Jeszcze kilka tygodni temu chciałem spędzić całe życie w Biłgoraju. Miasto wprost wymarzone, do wszystkiego blisko, czyste, zielone. Dziś zdałem sobie sprawę, że już nic tutaj nie osiągnę, nie tylko zawodowo, ale i prywatnie. Złapałem ogólnie niezłego doła… chciałbym się wyrwać stąd jak najszybciej. Niby to kilka dni, a cholernie mi brak kilku osób. Nie mam nikogo z kim mógłbym pogadać, tak szczerze, bez skrupułów. Zresztą chyba nigdy nie miałem… Nie miałem, ale pod ręką zawsze byli ludzie na których mogłem liczyć, z kim mogłem spędzić każdy wieczór. Teraz jest coraz ciężej, niby ktoś został, ale często zajęty itd. Ogólnie nie lubię użalać się nad sobą, lecz czasem przychodzi moment, gdy chciałbym się wygadać, porozmawiać z kimś zupełnie otwarcie, a w dalszym ciągu nie mogę się przełamać. Szkoda.

Komentarze (2)

One nie nauczyły się tego same.

Piątkowy wieczór spędziłem na oglądaniu meczu Polska - Chiny u Mańka. Oczywiście nie obyło się bez plusowych specjałów.

Jak przystało na życie w komunie społecznej u Maryś- w sobotę zjedliśmy wspólny posiłek. Tym razem padło na naleśniki. Było słodko. Następnie dziewczyny zaczęły zbierać się na weekendowy wieczór, a ja wróciłem do domu. Spotkaliśmy się niewiele później, doszedł ewkowy Paweł i Bobek, po czym udaliśmy się w stronę Plusa. Tam, Paweł namówił nas na coś mocniejszego i tak, po chwili szliśmy dumnie z Bolsem 0,7 i Van Purami. Doniosłem z domu trochę pierogów, ogórków kiszonych i oliwek, nie zabrakło również popołudniowych naleśników. Gdzieś między 22 a 23 wstąpił po nas Zajac z ekipą i zabraliśmy się z nimi do CUBE’a. W sumie przyjemny klub, ale bardzo mały, a tłum ogromny. Na szczęście pod parasolami było miejsce i z własnym zaopatrzeniem zakupionym w BP tam się zainstalowliśmy. Trafiły się nam międzyczasie trzy darmowe heńki, więc żyć nie umierać. Powymiataliśmy odrobinę na parkiecie, lecz nawet nie wiem co puszczali. Po chwili jak złapałem przymułe to namówiłem Boba na powrót do domu. Na tragu zdrzemnęliśmy się odrobinę w kartonach i (jak później przeanalizowaliśmy) koło 1:30 byliśmy w domu. Ja oczywiście zapomniałem klucza i wszedłem przez balkon, wykorzystując asekurację Bobka : ) . Myjąc się, międzyczasie zwymiotowałem do umywalki (oliwkami, mniam) i poszedłem spać. O samopoczuciu kolejnego dnia szkoda gadać.

W poniedziałek spędziłem popołudnie z Maryśką i Natalią, tak na pożegnanie Mańka. O 17:00 siatka na Sp5 i wieczór filmowy u Zająca. Obejrzeliśmy ‘Grę‘ , mimo obaw, nawet mi się podobało. Polecam, nawet jak ktoś nie lubi takich klimatów. Jako, że lało jak cholera to włączyliśmy jeszcze ‘Reprise‘ ode mnie, Bobek stwierdził, że jest nudny, Zając pewnie uważa podobnie. Jedynie Maryś, może mało przekonująco, zapewniała, że jej się podobał. No cóż, nie wczuli się najwidoczniej, bo film super. Po ‘Reprise’ dalej lało, a do domu trzeba było wracać, więc Zajac pożyczył nam komplet parasolek, ja wybrałem najfajniejszą z Pikachu! I zaczęliśmy rejs do domu. Moje spodnie ważyły po powrocie z 5 kg, a trampki do tej pory schną : (

A na dziś na razie brak planów. Jutro po 6:00 wyprawa do stolicy.

Komentarze (2)

Bro z plusa, kleszcze i placki ziemniaczane.

Ostatnie dni spędzamy na degustacji napojów piwnych z Plus Discount, w cenie nie przekraczającej 1,19 zł. Podobno Biedronka ma Plusa przejąć, a szkoda, bo Plus czasem fajny jest.

Wczoraj z Mańkiem, Ewką i ewkowym Pawłem wybraliśmy się z w/w napojami nad zalew. Miło było. Poczekaliśmy, aż nas odpowiednio zetnie meszka i obraliśmy sobie za cel źródełka. Wcześniej tylko uzupełniliśmy prowiant wiśniami z garaży (kto jadł, wie jakie dobre) i ruszyliśmy na Wolę Małą. Po drodze Ewka i Maryśka musiały oczywiście 19672 razy spytać czy jeszcze daleko. Gdy dotarliśmy, było już w sumie ciemno, po kilku chwilach zaczęliśmy więc wracać do samochodu. Stwór z pobliskiego lasu doskonale przypomniał nam klimat ‘Wzgórza mają oczy’ i ‘Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną’. Jeszcze tylko mała rundka po mieście, godzina na piątce i byłem w domu.

Wczorajszego dnia umówiliśmy się na wspólny popołudniowy obiad. Przyszedłem więc do Mańka koło 16:00 z sałatką i mieliśmy już się brać za gotowanie, gdy Ewka odkryła na sobie kleszcza, zapewne z wczorajszych wycieczek. Mały był chujek i baliśmy się, że go urwiemy. Stara pielęgniarka Woźna z dołu nie chciała się za to brać, więc zadzwoniliśmy na pogotowie, aby uprzedzić naszą wizytę. Przez telefon na Ewkę skoczyła jakaś szmata i powiedziała, że u nich pomocy nie uzyska i niech próbuje u lekarza rodzinnego. No to zebraliśmy się i wyruszyliśmy do przychodni Ewki (koło dworca PKS), tam ją obsłużono od ręki i tak to Ewka wolna jest od wszelkich pasożytów. Przynajmniej ma ona taką nadzieje. Po tym jakże wyczerpującym przeżyciu, wzięliśmy się za smażenie ziemniaczanych placków. Wyszły zajebiste, nie zaprzeczę. Nakryliśmy do stołu jak przystało na przykładową rodzinę i zaczęliśmy… wyszło po 8-10 na głowę przynajmniej. Teraz zbieram się, bo zaraz idziemy korzystać z plusowych promocji.

O tak, tak, tak jedliśmy.

Komentarze (3)

We gotta do the twist and it goes like this.

Maria ma już dziewiętnaście. W nowy rok życia wprowadziliśmy ją w kameralnym, aczkolwiek wysublimowanym gronie.

Wcześniej spędziliśmy z Bobkiem dzień na wykańczaniu prezentów, trochę nam nie poszło, ale nasza kreatywność cały czas wspina się na wyższe poziomy zaawansowania.

U Mańka posiedzieliśmy od 20, a na 22 zamówiliśmy taksówkę. Na miejscu sprawdzali o dziwo dowody i musieliśmy przekonać ochroniarza, że Maria to dziewiętnastkowa solenizantka, bo nie zabrała ze sobą nic potwierdzającego jej sędziwe już lata. Bez problemu znaleźliśmy wolną lożę i zaczęliśmy wymiatać. Na początku głównie na górnej sali w rytm ‘papierowego księżyca’ i szeregu nut, których przywołanie tytułów mogłoby narazić naszę dobre imiona. W pewnej chwili Ewka usłyszała utopijne przeboje na dole i tam się postanowiliśmy przenieść, oczywiście międzyczasie krążyliśmy od dołu go góry itd. O 2:00 dj’ej puścił kilkunastominutowy set z rock’n'roll’em (tak, tak - rock’n'roll w napięciu), co było zdecydowanie najlepszym momentem zabawy.

Z Bobem odpadliśmy po 3:00 i rozstaliśmy się z resztą ekipy, wracając z buta przy świetle księżyca i wschodzącego już słońca.

Dla tegorocznych maturzystów:
klik szczególnie od 2:55 min ; )

Komentarze (2)

Ta substancja ma smak zupełnie inny.

Wyjazd do Warszawy był trochę ekstra, trochę super.

Wprawdzie nie było fajnie zebrać się na 5:50 rano, po 3h snu, aczkolwiek pozytywnie nastrajała mnie myśl o Maśce, która aby spotkać się z nami musiała przesiedzieć ponad 6h w pociągu.

Koło 9:30 wjechałem do stolicy. Niestety zaraz na Pradze busiarz złapał gumę i biedny zostałem sam po wschodniej stronie Wisły. Z Kaśką umówiłem się w centrum pod metrem, więc zostało mi jeszcze kilka kilometrów do przebycia. Okazałem się jednak rezolutnym chłopcem, podsłuchując wcześniej rozmowę jakiegoś studenta i po wywnioskowaniu, że on również wybiera się w podobną stronę, podążyłem za nim. Po ~20 min byłem już na miejscu, pod jakże wzniosłym PKiN. Kaśka zanotowała sporą obsuwę i dotarła po jakiś dwóch kwadransach.

Pierwszym celem jaki sobie obraliśmy, było Biuro ds. Rekrutacji UW. Wsiedliśmy do jednego z autobusów, przegapiliśmy docelowy przystanek, następnie przejechaliśmy Wisłę, po to aby zaraz wrócić. Gdy dotarliśmy już na Nowy Świat (wstyd się przyznać, ale byłem tam po raz pierwszy) powoli zaczął mi się udzielać warszawski klimat, a podniecenie apogeum osiągnęło na terenie UW. Oczywiście wszystkie budynki wyglądały niemal identycznie i chwilę zajęło znalezienie nam Pałacu Kazimierzowskiego . Wszystkie sprawy pomyślnie załatwiłem i teraz chuj mnie strzeli jak nie zdam tego polskiego.

Z Nowego Świata wróciliśmy do centrum. Jako, że mieliśmy jeszcze sporą chwilę do przyjazdu Maśki, schroniliśmy się przed upałem w Złotych Tarasach, w których akurat dziś wysiadła klimatyzacja (!). Przenieśliśmy się, więc na wprawdzie chłodne, lecz śmierdzące perony dworca centralnego. Oczywiście nie bylibyśmy sobą, bez pomylenia toru na którym zjawił się pociąg. Na szczęście po chwili większa część ekipy, z nieukrywanym wzruszeniem padła sobie w ramiona. W końcu nie widzieliśmy się blisko tydzień.

Maśka zabrała torbę trzy razy większą od niej, przez co od razu mieliśmy minus 3 do mobilności. Tak, więc zaczęliśmy kierować się w stronę domu. Kaśka była tak wspaniałomyślna wybierając drogę metrem, następnie przesiadka w 511. Krótka przerwa na Mc’a. I ponownie 511 do domu. Tam spędziliśmy kilka godzin myśląc o jakimś niebanalnym spędzeniu wieczoru. Niestety od imprez odstraszały nas wysokie ceny wejściówek albo gigantycznie odległości. Postanowiliśmy, więc spędzić ten wieczór w domu przy Jurku Ogórku ( + + ….). Gdy po popiciu w/w kilkoma bro zaczęliśmy odbierać w głowie paranormalne szumy, zebraliśmy się szybko i 30 minut później byliśmy już w centrum. Sam nie wiem dokładnie co tam robiliśmy . Pewien jestem jednak do tego, że przeszliśmy nie kiepski kawałek. Przed 24:00 byliśmy z powrotem w domu.

W sobotę wstaliśmy koło 11:00 i jak dobrze sobie przypominam, koło 13:00 byliśmy już w autobusie. Dojechaliśmy do metra Marymont, tam przesiadka i do centrum. Tym razem już na spokojnie przeszliśmy Złote Tarasy, zaopatrzyliśmy się w płyny i wyruszyliśmy na Podzamcze. Tam już impreza trwała w najlepsze. Same atrakcje! Walki rycerskie, produkcja papieru, strzelanie z łuku etc. A po wszystkim oprowadzała Agata Młynarska (ekstra, nie?). Zjedliśmy coś na ciepło, a jako że mi było mało to zagryzłem chlebem mazowieckim ze smalcem i ogórkiem kiszonym (pierwszy raz od 10 lat?). Mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc przenieśliśmy się nad Wisłę. Aura niestety nie za bardzo sprzyjała, więc po godzinie byliśmy z powrotem na wzgórzu pod zamkiem. Postanowiliśmy dokonać zakupu ponad metrowej żelki, która i tak okazała się stanowczo za krótka na nasze niepohamowane łaknienie. Na 19:30 zaplanowano wodowanie największego wianka w Polsce (i na świecie?). Przenieśliśmy się, więc ponownie nad Wisłę i po chwili wróciliśmy pod scenę, gdzie rozpoczynał się koncert T.Love. Ogólnie bardzo pozytywnie, poznałem kilka nowych kawałków, grali też dużo staroci. Szkoda, że nic nie wypiliśmy, bo powiedzmy sobie prawdę- ja po trzeźwemu to się słabo bawię. No, ale ogólnie to był odjazd. Zwłaszcza, gdy zeszli ze sceny i wyszedł Artur Orzech (ten z TVP), który zapowiedział Kayah, po czym ktoś spod sceny kazał mu spierdalać, więc wrócił i przyprowadził Muńka z ekipą, którzy kapitalnie zagrali cover No Woman No Cry przeplatane z Everything is Gonna Be Alright Marleya. Następnie wyskoczyła Kayah i zaśpiewała “córeeeczko, wolaabym abyś była chłopcem” co było wyraźnym znakiem dla nas, aby wracać do domu. A! Zapomniałbym! Kilka razy mieliśmy okazję spotkać Rolanda Pieczkowskiego. Maśka nie mogła załapać o co nam chodzi z tym układem do Livin La Vida Loca i Na kolana Cerekwickiej :) . Dotarliśmy na stacje metra Dworzec Gdański, tamtędy na Marymont i autobusem do domu. Zatrzymaliśmy się pod McDonaldem, gdzie okazało się, że od 3 minut jest zamknięty (23:03) :| . Zmuszeni byliśmy, więc do czekania na powrotny autobus do 23:33 i międzyczasie jako substytut jadła z Mc’D zakupiliśmy parówki i kilka zupek. W mieszkaniu byliśmy gdzieś po 24. Biedna Maśka nie mogła spać, więc czytała sobie do snu wszystkie smski z telefonu, aby pobudzić wspomnienia. Po kilku takich seriach usnęła gdzieś po 1:00, a ja zaraz po niej.

Wstaliśmy po 11:00 i zaczęliśmy się zbierać do wyjazdu. O 12:53 wyjechaliśmy autobusem, tradycyjnie do metra i do centrum. Maśka zakupiła bilet na pociąg o 14:45. O 13:45 odstawiliśmy ją na peron, a sami udaliśmy się na tramwaj, który miał nas dostarczyć na Pragę, na aleję Zieleniecką, skąd miałem odjechać busem. Kaśka zaczekała ze mną, aż do odjazdu koło 14:40. Bus był już pełen ludzi, a dodatkowo słońce przypiekało jak cholera. Do Biłgoraja dotoczyłem się gdzieś po 18. Z tego co dowidziałem się już dzisiaj, Maśka również dotarła do Wrocławia.

Tak to wygląda w ’skórcie’. Mam nadzieję, że wrócę tam we wrześniu/październiku.

Komentarze (2)

De nihilo nihil fit.

Dni mijają. I tyle. Bo podobnie jak w ostatnim czasie, dziś będę robił nic.

Oczywiście nie sposób zapomnieć wizytę u Natalii i weekend w Łabuniach, ponikąd stanowczo za krótki. Dodatkowo staram się wypełniać jakoś ten czas sztuką filmową, oglądając to, tamto, jeszcze to, to i ten i tamten etc. Z tego zbioru mogę polecić w zasadzie wszystko oprócz Siercińca, chociaż i on miał coś w sobie.

Dzisiaj robienie nic przerwę na robienie nic przy meczu Polska- Niemcy, poprzedzonego spotkaniem Austria- Chorwacja. Ogólnie pozytywnie nastraja mnie ten okres, bo na dniach Liga Światowa, Grand Prix Siatkarek no i Igrzyska.

A za 3 tygodnie wyniki.

Niegdyś uważałam, że “cokolwiek” jest lepsze niż “nic”. Dzisiaj uważam, że czasami “nic” jest lepsze niż “cokolwiek”. G. Jackson

Komentarze (1)

Portki trzesą się wszystkim podejrzanym pętakom.

Także wstałem o tej wczesnej godzinie, mimo tego, że nie musiałem i specjalnej ochoty wcale nie miałem. Jednak trzeba zmienić nieco przyzwyczajenia, z racji tego, że jestem już nie lada chłopakiem, a abiturientem chwalebnego LO im. ONZ.

Jako reprezentant szkoły za granicą, we wręczeniu Oskarów nie uczestniczyłem. Podobno z powodu mojej nieobecności popłakała się pani dyrektor i przewodnicząca rady rodziców, a zebrany w auli tłum wydał z siebie jęk zawodu. No cóż, mówią że fajny gość że mnie, że dam sobie radę. A ja naprawdę starałem się dostać z zachodu jak najszybciej, o tutaj np. widać jak biegłem w drodze powrotnej z PE w Strasburgu.

Co do matury, to im bliżej do niej, tym bardziej spada ciśnienie. Chyba zdaję sobie sprawę, że na naukę miałem trzy lata i teraz nawet gałka muszkatołowa nie pomoże.

A teraz w zasadzie to się opierdalam, popijam parzoną kawę, a potem zagryzam ją czekoladą Toffee Ganznuss , która jest absolutnym fenomenem i ogólnie magnific.

Komentarze (5)

tylko spokój nas może uratować

Trzeba mi będzie antydepresantów. Od czytania ‘Zdążyć przed Panem Bogiem’, ‘Medalionów’ oraz wspomnień więźniów z Auschwitz i genialnego opracowania ‘Naziści. Ostrzeżenie historii’. W skrócie to biorę się w końcu za prezentację z polskiego. Czym bardziej wgłębiam się w tą tematykę, tym bardziej cieszę się, że wybrałem ten temat. Bo jak mawiał, zapewne bardzo mądry Karl Jaspers:

To, co się stało, jest ostrzeżeniem. Grzechem byłoby zapomnieć minione wydarzenia, ponieważ stale powinny żyć w naszej pamięci. To się zdarzyło i w każdej chwili może się powtórzyć. Tylko wiedza może temu zapobiec.

I patrząc z perspektywy Europejczyka to wizje te nie są wcale odległe. Wystarczy spojrzeć na czystki etniczne, rasistowsko-nacjonalistyczną wojnę w byłej Jugosławii czy widmo katastrofy w azjatyckich republikach byłego ZSRR.

Co do mojej edukacji to warto również wspomnieć, że uruchomiłem program “Patryk i historia. Wielkie pojednanie”. Optymistycznie nastraja mnie jeszcze dwa tysiące lat do przeanalizowania.

Ze spraw ekipowych. Współtowarzysze czują się na moje oko wyeksploatowani swoimi studiami nad egzaminem maturalnym. Piją piwo w weekendy (!) i odwiedzają przyjaciół -Staram się żyć normalnie. Mimo ułomności tego okresu, chce pokazać, że stać mnie na drobne przyjemności. Czasem nawet się śmieję- mówi Krupczigilda. Inni próbują zapomnieć o nieuchronności zbliżającego się zła, uciekając w rozkosze miłosne, jak twierdzi nasz szofer - Miej serce i patrzaj w serce. Nie wiemy co to znaczy, ale jest piękne. Są również inne metody przetrwania -Próbuję oszukać mózg. Wmawiam mu, że grając w Herosów III, nauczę się historii. Na razie skutkuje, nie wiem jak długo jeszcze będę mógł żyć w tym zakłamaniu. Boję się. - powiedział nam gollum Bobek. Zdarzają się też przypadki totalnego zobojętnienia - Pierdolimy szkołę. Tylko indywidualna nauka pozwoli nam powiedzieć w czerwcu, że to wszystko nasza zasługa. A jak nie, to powiemy, że ta instytucja nie potrafiła nas skutecznie zachęcić. Jak mawiają Amerykanie- In God We Trust, czyli w Bogu pokładamy nadzieję - zgodnie wyjaśniają Maśka i Pomocna Smsiara.

Mi zostało odliczać dni, a za tydzień na zachód. Joł !

Międzyczasie pochłaniam biblijne interpretacje Lao Che z najnowszego ‘Gospelu‘.

Zsyłam na Ziemię potop,
mój mały Noe,
mój Ptysiu Miętowy.
Ja zsyłam potop.

Komentarze (13)

No language, just sound, thats all we need now.

Jak dobrze wstać w piątkowe południe. Po 8:00 przychodzą najbardziej zeschizowane sny. W dzisiejszych, do mojego domu zawitał ksiądz Robert (był taki kiedyś w naszej parafii) i próbował mnie namówić na chodzenie na religię. Po doświadczeniach z Grażyną Skakuj, szybko we śnie dałem sobie radę z klechą i przeskoczyłem na zdecydowanie przyjemniejszy kanał. Nadawali na nim jakiś wypad nad zalew/staw, w każdym razie zbiornik znajdujący się w lesie. Pamiętam, że była tam ze mną Kaśka i jej stara ekipa (!), jedna dziewczyna z olimpiady, która tylko się przyglądała z brzegu, no i Maryśka z Mileną… ta druga ubrana od majtek po okulary słoneczne weszła do wody zanurzając się cała, po czym wyskoczyła zdziwiona głębokością… Może ktoś pokusi się o interpretację?

Jako, że nie pisałem od niemalże miesiąca, międzyczasie miałem długo oczekiwany wyjazd do Pułtuska. Pamiętam, że tamtego ranka zbudził mnie wiatr, wiatr przyniósł strach. Dobrze, że nie nawiało mi też śniegu, bo takie otwarte okno w lutową noc to ryzykowna sprawa. Mimo, że nie zobaczyłem słynnego najdłuższego rynku w Europie, wyjazd wkładam do pojemnika spraw zakończonych, pomyślnie.

Ósmego, tradycyjnie jak co roku miałem urodziny. Zaczął mi się ostatni rok bycia teenagerem. Trochę dołujące.

Wczoraj wieczorem zacząłem ściągać, wspomniany na polskim “Control”. Ogólnie rzecz biorąc film oparty jest na niestety krótkiej biografii lidera i wokalisty Joy Division - Iana Curtisa. Wywarł na mnie pozytywne wrażenie, głównie dzięki czarno-białej formie, kreacji głównego bohatera i oczywiście świetnej muzyce. Wyczytałem gdzieś w necie, że teksty Joy Division są w dużej mierze nihilistyczne i mogą spowodować u chwiejnych emocjonalnie słuchaczy dziwne zachowania. Mimo to zachęcam do obejrzenia i ściągnięcia choćby kilku najbardziej znanych kawałków.

let’s dance to joy division
and celebrate the irony
everything is going wrong
but we’re so happy

Komentarze (6)

« Poprzednie wpisy